Dawno nie pisałam, bo byłam zajęta byciem szczęśliwą. Jednak widocznie wszystko, co dobre szybko się kończy, szczególnie u mojej najwidoczniej nieprzystosowanej do szczęścia osoby. A podobno wszyscy są równi, co nie? Śmiech na sali.
Nie chcę kolejnych deprech, zastojów. Nie mam już siły na to. Na złość też nie. Jest nijako. Znieczulica. Przeraża mnie tylko to, że jakkolwiek zaczynam, jest źle. Sama już nie wiem, jak w tej chwili brzmią moje zasady. Jestem anarchistką własnych uczuć, jakbym właśnie szła na wojnę z systemem. Bo przecież, kiedy się zakochujesz, powinnaś być szczęśliwa. Ja za każdym razem, gdy się zakochuję kończę z kolejną usterką w sobie. Może jedynym wyjściem jest wyjechanie w pizdu na jakąś Grenlandię. Zero ludzi. Zamarznę w parę godzin. No one remembers, no one cares.
Bo przecież ważniejsze jest to, bym nie miała raka, niż to, bym miała rodzinę.
Foreground
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz